Dawno, dawno temu, (21 marca 2004) w Bielsku Białej odbyła się pierwsza edycja Gali Mixed Martial Arts pod nazwą Colosseum. Udział brali między innymi: Grzegorz Jakubowski, Tomasz Drwal i Krzysztof Kułak.
Gdybyście mogli zobaczyć tę sytuację, na kilka godzin przed Galą! W jednej z galerii handlowych, przy wspólnym stole zasiadła do posiłku grupa młodych mężczyzn charakteryzujących się lekkimi deformacjami uszu, ponadnormatywnym umięśnieniem okolic karku, tatuażami oraz wielką zuchwałością spojrzenia. Jedli, rozmawiali, śmieli się, opowiadali kawały. Kto to był? Ano rywale z mającej się zacząć za chwilę Gali. Powtarzam: śmieli się wspólnie, jedli wspólnie, gadali ze mną i Mirkiem. Następnie w sali przeznaczonej na rozgrzewkę pomagali sobie nawzajem. Potem wychodzili na ring i naprawdę, wierzcie mi – nie było litości!
Od początku polskiego MMA nikt na nikogo się nie pluł. Przed każdą imprezą, seminarium, byłem świadkiem serdecznych powitań, spotkań, żartów, na każdym after party widywałem przeciwników, jeszcze przed chwilą toczących zażarty bój – następnie rozmawiających przy szklance piwa, wesoło, normalnie.
Zastanawiałem się – dlaczego tak jest? Moim zdaniem są to ludzie, którzy przekraczając barierę strachu (w końcu walka MMA to nie jest golf) mają wielki szacunek dla rywala. Bo rywal jest prawie taki sam jak on, jest z tej samej gliny, zna smak wysiłku, bólu, krwi.
A do tego, w sytuacji kiedy MMA w Polsce było narażone na krytykę, na fałszywe oceny, każdy czuł swego rodzaju braterstwo nawet z przeciwnikiem. Może sobie tego nie uświadamiali, ale czuli że są Elitą w pełnym tego słowa znaczeniu.
Cechą charakterystyczną polskiego MMA była, jest i – mam nadzieję że będzie – przyjaźń i szacunek pomiędzy zawodnikami, trenerami, sędziami i organizatorami.
Podobnie było na pierwszych zawodach strongmanów. Utworzyła się czołówka, adepci, debiutanci, pechowcy. Jednak każdy, w każdej chwili mógł okazać się lepszy. Wszyscy czuli, że robią coś wyjątkowego, że tworzą historię. Dlatego też mimo kontrowersji, mimo ostrej rywalizacji – rozjeżdżali się w przyjaźni i witali znów z sympatią.
Jeśli były konflikty to tylko dlatego, że ktoś się pod kogoś podszywał w Internecie.
Oczywiście nie jest to obrazek dla przedszkolaka. Strongmani i Wojownicy MMA to nie są mnisi. Jednak mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że Mistrz Pudzian – nigdy nie wyrażał się lekceważąco o przyszłych przeciwnikach. Nawet kiedy był już Mistrzem Świata po raz pierwszy, drugi i kolejny. Wygrywał i potrafił pochwalić rywali, motywował młodszych i mniej doświadczonych. Jeśli przyszło do rozmowy prywatnej to też nie drwił, raczej stanowczo określał - ile jeszcze dzieli danego kandydata do jego poziomu.
Teraz Mistrz wszedł przebojem do świata MMA. Dlaczego drwi ze swojego przeciwnika? Nigdy przedtem tego nie robił!
Marcin Najman jako kick-bokser na pewno nie pozwalał sobie na lekceważące wypowiedzi wobec przeciwników. Dopiero jego całkowicie medialny i papierowy konflikt z Przemysławem Saletą doprowadził do ostrych wymian słów. Co ciekawe – Przemo też wcześniej nie powiedział niczego drwiącego, obraźliwego o przeciwnikach.
Kolejne walki Marcina w boksie przeszły raczej bez wydźwięku medialnego. Niestety… słynna konferencja prasowa przed walką o pas Zawodowego Mistrza Polski w wadze ciężkiej z Wawrzykiem i podarowanie mu pampersa… niby śmiesznie, niby z uśmiechem, niby że tak „po amerykańsku”.
Ten moment to było moim zdaniem przekroczenie bariery w polskim zawodowym boksie. Medialność! Medialność!
Czym owa „medialność” jest? Otóż jest – pozyskaniem „Cioci” jako widza i jako – najważniejsze – odbiorcy reklam!
Jeśli bokser ma walczyć z drugim to sprawa obchodzi tylko kibiców boksu. A co z nich za odbiorcy reklam proszków do prania? Żadni! Co się robi? Jeden bokser obraża drugiego. „Ciocia” to słyszy i już wiadomo, że zerknie, który przystojniejszy? A to chłopaki jak malowanie! Więc „Ciocia” będzie też... Uwaga! Ciocia też będzie oglądać.
W Ameryce wpadli na to już dawno. U nas wpadają powoli.
Niby nie ma nic złego w tym, że Mariusz powie Marcinowi kilka „ciepłych” słów. Albo na odwrót, że Marcin podaruje Mariuszowi paletki do kometki. Dla nich dwóch naprawdę nie ma w tym niczego złego.
Jednak dla tak zwanego „naprzykładu” jest to bardzo niedobre. Pamiętajcie bowiem, że Pudzian i El Testosteron są wzorami dla wielu młodych ludzi. I już widzę jak, właśnie wzorem swoich Mistrzów, debiutanci na amatorskich galach MMA będą bluzgać na siebie już po wejściu na parking przed halą.
Mistrzowie mają swoje prawa. Tak zwana medialność ma swoją cenę. Ale… Mistrzowie też powinni mieć świadomość, że są widziani przez cały czas, we wszystkim co robią. Mało kto może się porwać na taki trening, jak robi Pudzian. Ale byle chłystek może chcieć go naśladować na zasadzie „mocny w gębie”.
Zostało jeszcze kilkanaście dni do Najdroższej Walki w polskim MMA. Może czas na swego rodzaju „ciszę wyborczą”?